sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 2 [R]

HARRY
– Co tak za nim patrzysz? – powiedziała Donna, opierając się o ladę.
– Na kogo? – odparłem jakby nigdy nic.
– Nie świruj. Widziałam jak ci się ręce trzęsły.
Wywróciłem oczami, po czym odwróciłem się do niej plecami. Nie miałem ochoty się nikomu tłumaczyć, a już szczególnie nie Donnie. Prędzej czy później i tak wszystko rozgryzie, taka już była. 
Nałożyłem na talerz kawałek sernika i podsunąłem go dziewczynie. Na jej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech. Dobrze wiedziałem jak można odwrócić jej uwagę. Kiedy wypchała sobie usta ciastem, wykorzystałem okazję do zabrania głosu:
– Jeśli on jeszcze kiedyś tu przyjdzie, powiedz mu, że nie żyję. – Ugryzłem się w język dopiero po fakcie; nie było to dokładnie to, co chciałem powiedzieć.
– Wiedziałam! – krzyknęła z pełnymi ustami, machając mi widelcem przed nosem. Najwyraźniej mój plan nie działał tak jakbym chciał. – Spodobał ci się.
Momentalnie poczułem jak na twarzy pojawiają mi się rumieńce. Żeby uniknąć jeszcze większego upokorzenia, czmychnąłem na zaplecze. 
Już nic nie musiała rozgryzać. Najwyraźniej byłem tak przewidywalny, że dowiedziała się wszystkiego, gdy tylko na mnie spojrzała. Lepiej nie mówić przy niej zbyt wiele. Zawsze jednak popełniałem ten błąd i wyżalałem się jej. Potem tylko tego żałowałem. Nieważne jak często gryzłem się w język – za każdym razem było już za późno. W myślach, widziałem obraz rudowłosej, paplającej każdemu, kogo spotka. 
Westchnąłem ciężko, błagając o spokój. Chwilę później, wróciłem do pracy i na szczęście, przy ladzie nikogo nie zastałem. Gdy tylko stanąłem na swoim stanowisku, Donna pomachała mi energicznie z drugiego końca sali. W odpowiedzi posłałem jej jedynie wymuszony uśmiech. Od tej pory ciężko było mi się szczerze uśmiechnąć.

NIALL
Rano obudziły mnie różne irytujące dźwięki, jak na przykład skrzeczące radio. Ten dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie od samego początku... Wstałem z łóżka i wyszedłem z pokoju. Nogi, będące w zmowie z żołądkiem, mimowolnie poniosły mnie do kuchni. Tam, Tyler – mój współlokator – kroił na desce arbuza. Nie mogłem uwierzyć, że robił przy tym tyle hałasu.
– No wreszcie wstałeś – powiedział oschle; wspaniałe powitanie. – Chcesz kawałek?
– Nie, dzięki. Kiedy wychodzisz? – nie pozostawałem mu wdzięczny.
– Jak zjem.
Zazwyczaj to właśnie tak wyglądały nasze rozmowy. Przekamarzaliśmy się niczym rodzeństwo, ale od braci różniło nas to, że się po prostu nie lubiliśmy. Nie łączyły nas żadne więzi krwi, więc nie musieliśmy udawać, że się uwielbiamy. Mimo częstych sprzeczek, potrafiłem wytrzymać z nim w jednym mieszkaniu. Jednak nie zmieniało to faktu, że wolałem przebywać jak najdalej od niego i jego licznych dziewczyn.
W końcu, zaczął łapczywie pożerać kawałek owocu. Ubrudził przy tym stół i, jak przypuszczałem, wcale nie miał zamiaru po sobie posprzątać; taki już był – wredny i niechlujny. Gdy skończył jeść, wytarł dłonie w swoją szarą koszulkę. Odruchowo wykrzywiłem twarz. 
Obleśne... 
Później, założył buty i bluzę, żeby za chwilę wyjść. Odetchnąłem, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi. Pospiesznie wytarłem plamy soku ze stołu, gdyż nie lubiłem żyć w wiecznym syfie. 
Czemu on zawsze tak okropnie brudził?
Kiedy zrobiłem porządek, zabrałem się do przygotowania sobie śniadania. Zjadłem w spokoju, ubrałem się, po czym wyszedłem z gitarą w ręku.
Idąc ulicą, co chwila ziewałem przeciągle. Wcale nie spałem tak dobrze, jakbym chciał. Nie wiem jakim cudem zapomniałem o wypiciu kawy, na którą miałem ogromną ochotę. Automatycznie myślami przeniosłem się do kawiarni, w której wczoraj byłem. Lokal na prawdę mi się podobał?
Jesteś pewien, że mówisz tylko o lokalu?, mówiła moja podświadomość. Może wcale nie potrzebowałem kofeiny...
Potrząsnąłem głową, przyłapując się na takim myśleniu. Próbowałem odgonić od siebie te myśli, a jedynym na to sposobem było skupienie się na drodze do metra.

HARRY
Obsługiwałem właśnie młodą dziewczynę, która wyjątkowo peszyła mnie swoim nachalnym spojrzeniem. Kiedy odwróciłem wzrok, zobaczyłem przez szybę, przechodzącego obok blondyna. Od razu poznałem w nim chłopaka, który był tu wczoraj. Nie mogłem się powstrzymać przed podejściem do okna. Przyciskając nos do szyby, wpatrywałem się w jego plecy.
Tak jak wczoraj, w ręku trzymał gitarę, co natychmiast przykuło moją uwagę. Musiałem się bardzo wysilić, ale w końcu zobaczyłem jak schodzi na dół po schodach do metra. Następnie zniknął mi z pola widzenia, zanim zdążyłem nacieszyć oczy. Zawiedziony, opuściłem ręce i zniechęcony wróciłem do pracy.
Nie wiedziałem dlaczego tak bardzo chciałem móc patrzeć na blondyna. Wydawał się być taką ciepłą osobą, którą można podziwiać godzinami. Przypomniałem sobie iskierki w jego oczach i nabrałem ochoty na walnięcie głową w ścianę.
Był taki piękny...
Dopiero podczas gdy zmywałem naczynia, niespodziewanie mnie olśniło. Przygotowując specjalną kawę, błagałem w myślach, żeby chłopak nie odszedł zbyt daleko. Po chwili, zdjąłem swój fartuch i pospiesznie zawiesiłem go na wieszaku. Kątem oka, zauważyłem że spadł na ziemię, lecz nie miałem czasu tego naprawić. Gestem ręki przywołałem do siebie Donnę, która stała przy jednym ze stolików. W podskokach podeszła do mnie co, jak na mój gust, mogła robić odrobinę szybciej. Oparła się o ladę i wyszczerzyła zęby, zupełnie tak jak robiła to za każdym razem. Odruchowo wywróciłem oczami, na co też nie miałem czasu, więc od razu przeszedłem do sedna sprawy.
– Błagam, zastąp mnie na chwilę – poprosiłem, układając dłonie jak do modlitwy. – Muszę natychmiast wyjść.
– Biegnij – rzuciła, po czym zajęła moje miejsce.
Nie musiała powtarzać dwa razy. Wziąłem do ręki to, co miałem wziąć i czym prędzej ruszyłem ku drzwiom. Na odchodnym posłałem koleżance uśmiech wdzięczności.
Z kubkiem kawy w dłoni, poszedłem szybkim krokiem do metra. Nie chciałem biec, żeby przypadkiem nic nie rozlać. Miałem nadzieję, że chłopak wciąż czeka na swój pociąg i to właśnie ta nadzieja dała mi siłę na przyspieszenie kroku. Chciałem być tam jak najszybciej za wszelką cenę.
Serce zaczęło bić mi szybciej, gdy znowu przypomniałem sobie jego błękitne oczy. Zaczynałem kompletnie świrować na ich punkcie, a jego twarz widziałem zaledwie raz w życiu.
Niemalże zeskoczyłem ze schodów, a tam od razu go zobaczyłem. Stanąłem jak wryty, jednocześnie zachowując ostrożność względem kawy. Ten widok na prawdę mnie zaskoczył; nie tego się spodziewałem. Blondyn siedział przy ścianie, jak gdyby nigdy nic, grając na swojej gitarze. Podśpiewywał, a przed nim leżał pokrowiec na instrument, a w nim kilka monet.
Dosłownie nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem. Przez chwilę, po prostu na niego patrzyłem. Szczerze mi zaimponował. Do tego, widziałem z jaką pasją to robił i nawet nie czuł skrępowania. Wyglądał jakby sprawiało mu to przyjemność, mimo że nie zebrał żadnej fortuny.
Zawahałem się, lecz po krótkim namyśle, podszedłem bliżej. Z kieszeni spodni wygrzebałem kilka centów, które wrzuciłem do futerału. Natomiast rękę z kubkiem wyciągnąłem przed siebie. Spuściłem wzrok, czując że moje policzki oblał niechciany szkarłat. Chłopak w odpowiedzi zachichotał pod nosem.
Cholera...
– Przynosisz mi kawę i jeszcze za nią płacisz? – zażartował.
– Pomyślałem, że... możesz chcieć się napić – bąknąłem.
Czy ja zawsze muszę robić z siebie idiotę?
Jedyne co mi pozostało, to skarcić siebie za to w myślach. Nagle, blondyn chwycił kawę, muskając przy tym swoją dłonią moje palce. Ten krótki dotyk sprawił, że moje ciało zadrżało niekontrolowanie. Gdy upewniłem się, że trzyma kubek, schowałem ręce do kieszeni spodni, próbując choć odrobinę zmniejszyć zawstydzenie. Walcząc sam ze sobą, podniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy, a było warto.
– Dziękuję – powiedział.
– Nie ma sprawy – odparłem. – To cześć. Miłego dnia.
Uśmiechnąłem się, po czym odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Czułem, że moja twarz robiła się coraz bardziej czerwona, więc jak najszybciej chciałem uciec z tego miejsca. Zacisnąłem dłonie w pięści, nie mogąc uspokoić myśli.
Jak zwykle wyszedłem na kretyna. Może on wcale sobie tego nie życzył? Chociaż nie wyglądał na zdenerwowanego, ani nic w tym rodzaju... Wręcz przeciwnie – ucieszył się.  Więc może na prawdę był spragniony?
Jedyny plus tej sytuacji był taki, że mogłem go ponownie zobaczyć. Chociaż, może był jeszcze jeden plus jak na przykład to, że nasze dłonie przez sekundę były złączone.
Chyba próbowałem pocieszyć sam siebie... Niespecjalnie zachwycony, wróciłem do pracy. Tam, rzecz jasna, czekała na mnie rudowłosa koleżanka. Teraz najbardziej pragnąłem uniknąć rozmowy z nią. Widziałem w jej oczach ciekawość, która jeszcze bardziej mnie zniechęcała do rozpoczynania konwersacji. Postanowiłem udawać, że jej nie widzę.
– Gdzie twoja kawa? – zapytała, mimo że dobrze znała odpowiedź.
Nie była głupia... a raczej miała w sobie coś, co nazywała szóstym zmysłem. Poza tym, nie dało się po mnie nie zauważyć, że miałem zupełnie inny humor zanim wyszedłem.
Przewiązałem w pasie fartuch i odwróciłem się do Donny, czekając na serię pytań. Nie dało się tego uniknąć, więc pozostało mi jedynie zebrać się na odwagę.
– Czy ty umiesz czytać w myślach? – spytałem, unosząc brew.
– Z ciebie można czytać jak z otwartej książki! Nie trzeba być jasnowidzem – odparła wesoło. – Masz już jego numer?
– Nie! Czemu miałbym mieć? Zostaw mnie.
– Nie bądź taki oschły! Widzę, że nie możesz sobie z tym poradzić.
– To nie twoja sprawa – próbowałem zakończyć rozmowę. Jednak wcale nie byłem gotowy na jej pytania.
– Dobrze wiesz, że i tak się wszystkiego dowiem. Do zobaczenia później! – Pomachała mi, po czym odeszła.
Odetchnąłem z ulgą, choć nie cieszyłem się zbyt długo. Po chwili, przypomniałem sobie jej słowa. Ona na prawdę dowie się wszystkiego... Ma już na to swoje sposoby, które od zawsze były dla mnie tajemnicą.
Po zakończonej pracy, poszedłem na autobus. Powłóczyłem nogami; kilka godzin stania na prawdę potrafi dać się we znaki. Niespodziewanie, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Odwróciłem się i zobaczyłem Donnę, biegnącą za mną. Automatycznie zacząłem grać głuchoniemego.
Czy ona nigdy się nie zniechęcała?
– Pamiętaj, ja się nigdy nie zniechęcam – powiedziała, dysząc przy tym.
Wcale nie umie czytać w myślach...
– Opowiesz mi wszystko u ciebie – zarządziła.
– Właśnie sama się zaprosiłaś?
– Dokładnie.
Położyła ręce na biodrach, puszczając do mnie perskie oko. Jej energia czasem mnie przygnębiała, gdyż sam nie byłem taki żywiołowy.
Gdy nadjechał autobus, wsiadłem do niego, próbując ignorować Donnę. Niestety, wskoczyła tuż za mną. Nie dało się od niej odczepić i musiałem się z tym pogodzić. Postanowiłem cieszyć się ostatnimi minutami wolności, zanim wpadnie do mojego mieszkania i zacznie się przesłuchanie.

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 1 – REMAKE

HARRY
Obudziło mnie znienawidzone dzwonienie budzika. Jak na mój gust, musiałem wstawać o wiele za wcześnie. Powoli zacząłem wygrzebywać się spod ciepłej kołdry, której za nic w świecie nie miałem ochoty opuszczać. Po kilku minutach przeciągania się i ziewania, w końcu udało mi się wyjść z łóżka. Wtem podszedłem do komody, żeby wyciągnąć z niej czystą koszulkę.
Po chłodnym prysznicu, który jako tako przywrócił mnie do życia, w pośpiechu zjadłem rogala. Czas nieustannie mnie gonił i już powinienem wyjść, jeśli nie chciałem przegapić autobusu. Chwyciłem torbę i bez zastanowienia wybiegłem z mieszkania. 
Mój humor poprawił się od razu, po wyjściu na zewnątrz. Było pochmurno, a wiatr nie próżnował, lecz mimo chłodu i deszczu, uwielbiałem jesień. Towarzyszyły jej zawsze najpiękniejsze kolory i najwspanialszy zapach. Kiedy inni, podczas lata, smażyli się na plaży, ja ukrywałem się w cieniu, z utęsknieniem czekając na wrzesień. Na szczęście, moja ulubiona pora roku wreszcie nastała, co skutkowało u mnie częstym uśmiechem.
Gdy dobiegłem na przystanek, od razu wskoczyłem do autobusu. Było w nim jak zwykle dużo ludzi, a co za tym szło, zerowe szanse na znalezienie wolnego miejsca siedzącego. Wszyscy zaspani, z ponurymi minami. Przez to ten dzień wydawał się jeszcze podlejszy, lecz nie traciłem dobrego nastawienia. Chwyciłem poręcz w celu zachowania równowagi, choć nie było to konieczne, gdy z każdej strony podtrzymywały mnie ciała innych. 
Po dojechaniu na właściwy przystanek w centrum miasta, spokojnie wysiadłem z pojazdu i ruszyłem w stronę uczelni. Nie zwalniałem kroku, bo gdybym ustąpił, zapewne spóźniłbym się na zajęcia. Doszedłem do sali w samą porę, zaledwie minutę przed dzwonkiem. Każdy już zajmował swoje miejsce. Szybko usiadłem na jedno z wolnych krzeseł i wyciągnąłem zeszyt z torby. Dopiero wtedy mogłem odetchnąć z ulgą.
Od razu, po dłużących się wykładach, poszedłem na kolejny przystanek. Tym razem wybierałem się do pracy. Na szczęście, nie musiałem się spieszyć tak jak rano, gdyż zostało mi całkiem sporo czasu.
Droga zajęła mi kilkanaście minut. Wreszcie, spokojnym krokiem wszedłem do kawiarni. Było to jedno z moich ulubionych miejsc w Londynie i byłem nadzwyczaj szczęśliwy, że mogłem w nim pracować. Ściany z czerwonej cegły, ciemne panele, ciepłe światło i najwspanialszy zapach świeżo parzonej kawy – wymarzone otoczenie do spędzania czasu. 
Napawając się moją ulubioną wonią, poszedłem na zaplecze. Przewiązałem w pasie swój bordowy fartuch, a już chwilę później stałem za ladą, gotowy do pracy. Momentalnie podeszła do mnie jedna z kelnerek – Donna. Wyróżniały ją kręcone kasztanowe włosy i twarz obsypana piegami, a także głośny styl bycia.
– Dzień dobry, panie kierowniku – przywitała mnie szerokim uśmiechem, jednocześnie pokładając się na ladzie.
– Hej, Donna – odpowiedziałem, odwzajemniając uśmiech. – Nie mów tak do mnie.
– Oh, przecież wiesz, że sobie żartuję. – Puściła perskie oko, po czym odeszła, żeby obsłużyć klientów.
Także wziąłem się do roboty, mimo że niespodziewanie ogarnęło mnie dziwne uczucie wycieńczenia. Dopiero popołudniu zrozumiałem jak bardzo byłem zmęczony. Zapewne gdybym poszedł wcześniej spać, nie miałbym tego problemu. 
Dosłownie na chwilę odwróciłem się od kasy, żeby wziąć głęboki wdech, który miał mi pomóc ogarnięcie umysłu. Przeczesałem włosy dłonią, odgarniając kilka niesfornych kosmyków z czoła. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem przed sobą rumianego blondyna. Był zadyszany, a w ręku trzymał pokrowiec na gitarę. Podniósł głowę do góry, przez co zobaczyłem jego błękitne oczy, których widok zaparł mi dech w piersi.
– Poproszę latte – powiedział, a jego oddech powoli się normował. – Na wynos.
– Już się robi – rzuciłem tylko.
Zacząłem przygotowywać kawę, ale co chwilę zerkałem na klienta; nie mogłem się powstrzymać. Rozglądał się po pomieszczeniu, od czasu do czasu, nerwowo spoglądając na zegarek. Na prawdę drogi zegarek ze skórzanym paskiem. Najwyraźniej się spieszył, toteż próbowałem się nie ociągać, żeby jak najszybciej go obsłużyć.
Próbowałem, lecz nie wychodziło mi to do końca tak, jak zaplanowałem. W równych odstępach czasowych, zerkałem przez ramię, wzrokiem lustrując chłopaka. Wyglądał niepozornie w dżinsach i czerwonej, flanelowej koszuli w kratę, ale miał w sobie coś, co nie pozwalało mi spuścić z niego wzroku. Jasne włosy, postawione na żel do góry, prezentowały się na prawdę dobrze i idealnie do niego pasowały.
Kiedy już miałem dać mu zamówienie, kubek niespodziewanie wypadł mi z ręki, a napój obal moje czarne spodnie. 
Niech to szlag!
Zakląłem cicho pod nosem, choć miałem ochotę krzyczeć. Kawa była gorąca, przez co poparzyła mi uda. Blondyn wyciągnął szyję, żeby sprawdzić co się stało. Wysłałem mu przepraszający uśmiech i zabrałem się do robienia nowej latte. Musiałem zaciskać zęby, powstrzymując się od wybuchnięcia. Doskwierał mi piekący ból, ale zaskoczyłem sam siebie swoją wytrwałością. 
Po chwili podałem chłopakowi kolejną kawę, tym razem starając się zachować wzmożoną ostrożność.
– Dzięki – bąknął. Zostawił na blacie kilka monet, po czym po prostu wyszedł.
Odprowadziłem go wzrokiem do drzwi. Gdy tylko przekroczył próg kawiarni, wypuściłem powietrze z płuc, zalegające tam od jakiegoś czasu. Podczas obecności blondyna, nawet nie zauważyłem jak bardzo się denerwowałem. Dopiero po jego wyjściu, zacząłem oswajać się z tą wiadomością. Ręce mi drżały niekontrolowanie. Przekląłem je w myślach, tym samym przypominając sobie o oparzeniu i ponownie syknąłem z bólu.

NIALL
Kiedy tylko opuściłem kawiarnię, odwróciłem się na chwilę. Brunet wyglądał jakby spadł mu kamień z serca. Zacisnąłem palce mocniej na kubku kawy, po czym ruszyłem w stronę przystanku. Tam, czekając na autobus, rozmyślałem. W głowie ciągle napotykałem się na myśl o chłopaku z baru. 
Co chwilę, nerwowo odgarniał swoje włosy z czoła. Dłonie mu się trzęsły z bliżej nieokreślonego powodu. Sprawiał wrażenie zapracowanego człowieka z wieloma problemami na głowie, jednocześnie wyglądając na wesołego i beztroskiego. Zastanawiało mnie także, dlaczego nieustannie błądził wzrokiem. Zapewne przez to, że był rozkojarzony, upuścił pierwszy kubek z kawą.
Z drugiej strony... wyglądał całkiem uroczo, kiedy tak się starał.
Cholera.
Skarciłem się w myślach za myślenie o czymś takim, równocześnie kręcąc głową. Wtem, nadjechał autobus, do którego wskoczyłem dopiero po chwili, wciąż pogrążony w myślach.
Wysiadając z autobusu, potknąłem się o własne nogi, mimo że uspokoiłem umysł z natrętnych wspomnień. Zaśmiałem się pod nosem, sam z siebie.
Całe szczęście, do domu miałem niedaleko. Już po pięciu minutach, otwierałem drzwi do mieszkania. W niewielkim salonie, zastałem swojego współlokatora, obściskującego się z dziewczyną na kanapie. Nie byłem pewien, która to w tym tygodniu, ale na pewno nie była ostatnia. Przeszedłem obok, ignorując ich. Wszedłem do pokoju i zamknąłem za sobą drzwi, żeby nie musieć słuchać mlaskania i głupkowatych chichotów. Tamci pewnie nawet nie wiedzieli, że byłem w domu, choć wcale mi to nie przeszkadzało.
Oparłem gitarę o ścianę, po czym usiadłem na parapecie, wciąż trzymając w dłoni kubek po kawie. Położyłem go obok siebie, a wzrok wlepiłem w widok za oknem. Z ostatniego piętra, miasto prezentowało się na prawdę wyjątkowo. Miałem wielkiego farta, mogąc mieszkać w takiej lokalizacji. Potrafiłem godzinami siedzieć w tej części mojego pokoju i robić najróżniejsze rzeczy. Od podziwiania Londynu, poprzez czytanie książek, aż do pisania piosenek.
Właśnie wtedy, poczułem nagły przypływ weny. Chwyciłem do ręki notes, który zawsze leżał w tym samym miejscu, gdyż nie miałem zwyczaju pisać nigdzie indziej. Niby od niechcenia, zacząłem skrobać słowa na papierze, a gdy zapisałem kilka wersów, zacząłem czytać je w kółko. Nie trwało długo, żebym zupełnie się zniechęcił do tego kawałka tekstu. Zdecydowanie wyrwałem kartkę i zgniotłem ją, marszcząc brwi. Rzuciłem papierową kulkę na podłogę. Zrozumiałem, że wcale nie miałem weny. Albo po prostu nie mogłem się skupić. Niestety, dobrze wiedziałem czyja to wina; w myślach ciągle widziałem obraz roztrzepanego chłopaka z burzą loków.

*

No więc tak to wygląda:) Rusza remake Aflame! Z nowym tytułem, nowym wyglądem i przede wszystkim nowymi rozdziałami ^^
Mam nadzieję, że niektórzy się zainteresują.

sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 10. + WAŻNA INFORMACJA

*Harry*

Siedząc w objęciach Nialla, wciąż nie mogłem uwierzyć w jego ostatnie słowa wypowiedziane do mnie. Z jego ust brzmiało to tak pięknie...
"Kocham cię."
Często zastanawiałem się jak do tego doszło. Dawno temu obiecałem sobie, że już nigdy więcej się nie zakocham, a tu nagle do mojego życia wpada koleś z gitarą i przewraca wszystko do góry nogami. Postanowiłem, że nie będę wracać do przeszłości, ale ta uparcie nawiedzała mnie w snach. Powtarzałem sobie, że ufam Niallowi, więc czemu dokuczały mi wątpliwości?
Dotyk jego ciepłej dłoni na moim policzku, mnie uspokajał. Jednak mimo to, bałem się, że potrafi czytać w myślach. Przy takiej zadumie towarzyszyło mi poczucie winy, którego nie potrafiłem od siebie odgonić.
Nagle poczułem ochotę na gorącą herbatę. Wstałem z kanapy i bez wahania ruszyłem w stronę kuchni. Czując na sobie czyjś wzrok, odwróciłem się i zobaczyłem zasmuconą twarz blondyna.
- Wracaj do mnie - powiedział z miną zbitego szczeniaka.
Zaśmiałem się pod nosem i wróciłem do nalewania wody do kubków. Po chwili ponownie usiadłem na kanapie, a herbatę odłożyłem na stolik. Natychmiast po tym, Niall objął mnie ramionami i zaczął całować po szyi. Nagle wpadłem na świetny pomysł. Odsunąłem od siebie chłopaka, żeby mu przedstawić moją ideę. Posłał mi pytające spojrzenie, na które odpowiedziałem szerokim uśmiechem.
- Słuchaj, Niall - powiedziałem ochoczo. 
- Tak?
- Zamieszkaj ze mną - kontynuowałem. - Tak na stałe.


*Niall*

Po usłyszeniu propozycji Harry'ego, nie wiedziałem co ze sobą zrobić; kompletnie mnie zamurowało. Patrzyłem się w jego zielone, śmiertelnie poważne, oczy. Na pewno nie wyglądał jakby sobie żartował. Siedziałem bezczynnie, wciąż patrząc się na jego twarz, jakbym szukał jakiegoś haczyka. Wtem zmienił minę na wyczekującą, co oznaczało, że mam mu dać odpowiedź bezzwłocznie. Wstrzymałem na chwilę oddech, po czym wypuściłem powietrze z płuc.
- Harry... - zacząłem.
- Nie kończ - zareagował gwałtownie, zrzucając mnie ze swoich kolan.
Wstał z kanapy, nie pozwalając mi powiedzieć żadnego słowa więcej. Zaczął przeczesywać dłonią swoje loki, przy czym westchnął ciężko.
- Harry, dasz mi dokończyć? - syknąłem.
- Nawet ślepy widziałby w twoich oczach, że nie chcesz - warknął w odpowiedzi.
Zabolało, zwłaszcza, że nie miał racji.
- Cholera, o co ci chodzi? - zapytałem. - Najwyraźniej nie jesteś zbyt dobry w czytaniu w myślach, bo tak się składa, że chciałem odpowiedzieć: JASNE.
Nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony, chwyciłem nową gitarę i wyszedłem z mieszkania, trzaskając przy tym dramatycznie drzwiami. Ostatnie co usłyszałem to przeciągłe "Cooo?", ale nie miałem zamiaru wracać. Marzyłem o tym, żeby pograć na gitarze w starym, dobrym metrze.
- Niall, do diabła, czekaj! - słyszałem za sobą.
Postanowiłem się nie odwracać, tym razem nie będę mięczakiem. Pewnym krokiem szedłem dalej, mocniej zaciskając dłoń na pasku, przymocowanym do pokrowca. Wiem, że za mną biegł, ale najwyraźniej się zmęczył, gdyż moich uszu już nie dobiegały błagalne krzyki. Jednak wciąż nie chciałem spoglądać za siebie. W końcu doszedłem do schodów, prowadzących pod ziemię. Powitał mnie mocny powiew wiatru, wytwarzany przez pędzące pociągi. Bez wahania usiadłem na chłodnej podłodze, po czym wyciągnąłem gitarę. Przy gryfie, między strunami była włożona malutka karteczka, a na niej narysowane symetryczne serce. Uśmiechnąłem się pod nosem, wyciągnąłem papierek i schowałem go do kieszeni kurtki.
Intencje Harry'ego były oczywiste i wiem, że nie miał na myśli nic złego. Niestety problemem było to, że nigdy mnie nie słuchał, a kiedy już robił wyjątek to i tak nie obchodziło go za bardzo moje zdanie. Dlatego musiałem pobyć przez chwilę sam i pomyśleć nad całą tą sytuacją.
Przejechałem palcami po strunach i zaraz po tym zacząłem grać pierwszą lepszą piosenkę, która przyszła mi na myśl. Śpiewałem tekst bezbłędnie, lecz bez przerwy myślałem o czymś innym.
Dlaczego nawet nie pozwolił mi dokończyć zdania? Może nawet dobrze się stało. Przynajmniej zrozumiałem, że absolutnie nie jesteśmy gotowi na wspólne mieszkanie. Tak na prawdę, kłóciliśmy się bez powodu, o jakieś bzdety, ale to było na prawdę irytujące.
Cholera, czemu śpiewam jakąś smutną miłosną balladę?
Wtedy, niespodziewanie ktoś do mnie podszedł. Była to dziewczyna z bordowym płaszczu. Wyciągnęła ręce z kieszeni, po czym wrzuciła dwadzieścia funtów do mojego pokrowca. Zaskoczyła mnie jej hojność, ale skinąłem głową w podziękowaniu.
- Uśmiechnij się - powiedziała pocieszająco, wykrzywiając usta w radosnym uśmiechu.
Nie sposób było się jej sprzeciwić. Wymusiłem blady uśmiech; na nic więcej nie było mnie stać. Po zakończonej misji, odeszła bez słowa. To było całkiem miłe, lecz nie poprawiło mi humoru na długo.
Udawanie twardziela wcale nie wychodziło mi zbyt dobrze. Szczerze chciałem, żeby Harry przyszedł i zabrał mnie do domu, ale potraktowałem go jak zwykłego śmiecia, więc nie miałem na co czekać. Nieważne jak bardzo mnie ignorował, nie potrafiłem mu się odpłacić tym samym, a złość mijała tak szybko jak się pojawiała.
Westchnąłem ciężko i zdecydowałem, że wrócę do niego, przeproszę za swoje szczeniackie zachowanie i znowu będzie tak jak dawniej. Bez dłuższego zastanawiania się, spakowałem gitarę i ruszyłem w stronę mieszkania Harry'ego. Dziwnym trafem, droga tam, dłużyła mi się jak nigdy wcześniej, jakbym zamiast iść do przodu - nieustannie się cofał.

- Harry? - zawołałem, po wejściu do domu bruneta.
Nie czekałem długo; chłopak przybiegł na przedpokój. Miał na sobie szary, workowaty sweter, w którym wyglądał jak wyrośnięty przedszkolak, lecz zdecydowanie uważałem, że to urocze. Zaciągnął rękawy na dłonie i wlepił wzrok w podłogę.
- Przepraszam - powiedziałem, odkładając gitarę.
- To ja przepraszam - odparł pospiesznie, podnosząc głowę.
Pokręciłem przecząco głową, uśmiechając się przy tym. Na prawdę nie dowierzałem w to co się działo. Jakim cudem po każdym rozstaniu, wracaliśmy do siebie, zapominając o każdej kłótni? To zdecydowanie była jakaś magiczna siła, która nie pozwała nam być osobno przez zbyt długi czas.

*

Czas na informację.
Bez owijania w bawełnę:
ZAWIESZAM BLOGA.
Tak, zawieszam. To postanowione. Póki co, kompletnie nie mam pomysłów na następne rozdziały i po prostu nie wiem o czym pisać. Nie zaplanowałam jakoś specjalnie tego opowiadania, więc tak musiało się stać. Przykro mi bardzo, ale obiecuję, że jak tylko wpadnę na jakiś super pomysł - wznowię opowiadanie.
Dziękuję za to, że byliście tutaj ze mną i przepraszam, że Was zawiodłam.

sobota, 24 maja 2014

Rozdział 9.

NP

*Harry*
Przyglądałem się Niallowi, siedzącemu na kanapie w moim mieszkaniu. Patrzył się tępo w jeden punkt, a w oczach miał łzy. Za każdym razem kiedy do niego podchodziłem odtrącał moją dłoń. Bałem się cokolwiek powiedzieć, gdyż nie chciałem go denerwować. Od pożaru stał się nadwrażliwy, ale nie przeszkadzało mi to. Mieszkał u mnie, co także nie sprawiało mi żadnego problemu. Może to samolubne, ale cieszyłem się, że mogę go mieć przy sobie przez cały czas.
- Chcesz coś do picia? - zaproponowałem.
Chłopak w odpowiedzi pokręcił przecząco głową, nie odrywając wzroku z podłogi. Nie byłem pewien czy szok pourazowy powinien trwać tak długo. Od kilku dni nie wychodził z domu, w którym także niewiele robił.
- Wychodzę - postanowiłem. - Dasz sobie radę?
- Tak - odpowiedział zachrypniętym głosem.
Ubrałem się, po czym wyszedłem z domu. Otuliłem się mocniej szalikiem i ruszyłem w stronę przystanku autobusowego. Miałem ogromną ochotę na mrożoną kawę, mimo chłodu na dworze. Pojechałem do kawiarni i zamówiłem mój ulubiony napój. Usiadłem przy wolnym stoliku i popijając kawę, czekałem na spóźnialską Donnę. W końcu ujrzałem w drzwiach burzę rudych loków uwolnionych spod białej czapki. Dziewczyna zaczęła rozglądać się nerwowo po pomieszczeniu, a gdy mnie zobaczyła pomachała energicznie. W podskokach podeszła do stolika i usiadła naprzeciwko. Zdjęła rękawiczki, po czym położyła je na blacie.
- Nie za zimno na mrożoną kawę? - powiedziała na przywitanie.
- Cześć, też się cieszę, że cię widzę - odparłem sarkastycznie.
- No hej, hej. Daj spróbować.
Wyrwała mi kubek z ręki i wzięła łyk napoju. Najwyraźniej jej nie posmakował, bo zawołała kelnera i zamówiła gorącą czekoladę. Nagle spojrzała na mnie poważnym wzrokiem, co się zazwyczaj nie zdarzało. W zastanowieniu przygryzła wargę. Dawno jej nie widziałem w takim skupieniu.
- Posłuchaj - zaczęła. - Jeśli potrzebujesz pomocy to wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Jesteś moim najlepszym gejacielem.
- Gejacielem? Co ty znowu wymyśliłaś?
- Przyjaciel gej!
Zakryłem twarz w dłonie. Wiedziałem, że ona nie potrafi zachować powagi przez więcej niż pół minuty. Bez ostrzeżenia wybuchnęła śmiechem; poczułem kilka par oczu, zwróconych w naszą stronę. Co za żenada...
- Oh, przestań być takim ponurakiem. Uśmiechnij się wreszcie.
- Nie mam ochoty.
- Aż tak źle?
- Gorzej, niż myślisz...
Wtem wstała z miejsca, stanęła za mną i objęła mnie jak nigdy wcześniej. Zdecydowanie tego potrzebowałem. Czasem taki mały gest mógł pomóc bardziej niż terapia u psychiatry.

*Niall*
Po długim czasie patrzenia się w róg dywanu, postanowiłem wstać z kanapy. Poszedłem do kuchni, żeby przygotować sobie coś do jedzenia. W szafce znalazłem płatki śniadaniowe. Z nadzieją zajrzałem do lodówki, a gdy zobaczyłem mleko od razu sięgnąłem po karton. Takie drugie śniadanie mi odpowiadało. Nagle uśmiech spełzł mi z twarzy; przypomniałem sobie o pożarze. Straciłem wszystkie swoje rzeczy, w tym moją jedyną i najukochańszą gitarę. Zostałem bezdomnym biedakiem. Chociaż gdybym nie znał kogoś tak wspaniałego jak Harry, zapewne nie miałbym gdzie spać. Jednak wciąż najbardziej rozpaczałem po stracie gitary. W końcu to ona była moim głównym źródłem dochodów. Położyłem twarz na stole, próbując odgonić wszystkie mroczne myśli, które męczyły mnie od kilku dni.
Powoli łzy zaczęły wpadać do miski.
Dawno nie płakałem, nawet nie pamiętam kiedy.
- Niall? - niespodziewanie usłyszałem głos Harry'ego i trzask zamykanych drzwi.
Po chwili chłopak wszedł do kuchni, trzymając ręce za plecami, ukrywając coś.
- Co masz? - zapytałem.
- Nic takiego.
Wtedy wyciągnął gitarę w moją stronę.
- Co to jest?
- Twoja gitara.
- Nie jest moja.
- Już jest - nalegał. - Proszę.
Zabrakło mi słów. Od razu zacząłem wymyślać plan w jaki sposób zarobię pieniądze, żeby mu zwrócić.
Będę musiał spędzić kilka tygodni, grając w przejściu podziemnych...
- Nie musisz mi oddawać, nawet funta - powiedział brunet jakby czytał w moich myślach. - To prezent.
- D-dziękuję.
Chwyciłem gryf i zacząłem kręcić nim wkoło. Nie była najnowsza, ale za to świetnej jakości. Przejechałem palcem po strunach. Rozstrojony instrument wydał z siebie nieczyste dźwięki. Po chwili wybuchnąłem śmiechem. Spojrzałem na Harry'ego, miał splecione dłonie i patrzył w dół, ale kąciki jego ust były wykrzywione ku górze. Odłożyłem gitarę na podłogę i oparłem ją o ścianę, żeby móc się przytulić do chłopaka. Wtedy zrozumiałem, że jestem szczęściarzem. Nawet jak zostałem z niczym to dzięki niemu czułem radość z życia.
- Wiesz co? - powiedziałem, patrząc Harry'emu w oczy.
Posłał mi pytające spojrzenie, unosząc brew. Najwyraźniej nie czytał mi w myślach.
- Kocham cię - dokończyłem.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział 8.

*Harry*
- Uspokój się już! - próbowałem go trzymać, gdy wciąż się wyrywał.
- Nienawidzę go!
Nigdy nie widziałem Nialla w takim stanie; przerażał mnie. Zazwyczaj był spokojny, więc takie zachowanie zdecydowanie mnie zaskoczyło. W końcu puściłem jego ramiona. Popatrzył na mnie pytająco. Miałem wrażenie, że jego złość zaczęła zanikać. Po chwili przestał marszczyć brwi i rozluźnił pięści. Jego furia przywołała jedne z moich najgorszych wspomnień.

- Nie bój się - szepnął Sean, ale te słowa wcale mnie nie uspokoiły.
Zacząłem się jeszcze bardziej denerwować, a na czole mimowolnie pojawiły się kropelki potu. Jego wyraz twarzy nie ujawniał żadnych emocji.
Przywarł mnie do ściany, a nasze usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Czułem ciepły oddech. Próbowałem wtopić się w ścianę, co było niemożliwe. Mocno zacisnąłem powieki. Wtedy zmniejszył odległość między nami do zera, brutalnie wpychając mi swój język do ust. Miałem odruch wymiotny. Nagle przywarł do mnie całym ciałem, przez co miałem trudności z oddychaniem. 
W oddali usłyszałem zbliżające się kroki. Chłopak odskoczył ode mnie jak oparzony i ruchem ręki wskazał mi, żebym znalazł sobie jakąś kryjówkę. Z ulgą od niego uciekłem, żeby schować się za szafki. Nagle usłyszałem głos innego członka drużyny.
- Co ty tu robisz? - zapytał tępo.
- Przyszedłem na trening, kretynie - warknął Sean w odpowiedzi.
Ktoś inny zaśmiał się głośno, a jego śmiech odbił się echem po pustej szatni.


Odruchowo wstrzymałem oddech, w obawie, że mnie znajdą. Powoli próbowałem wyjść, pozostając niezauważonym. Na szczęście udało mi się za pierwszym razem. Gdy tylko wyszedłem na boisko, odetchnąłem z ulgą. Nie obracając się za siebie pobiegłem jak najdalej to było możliwe, ale nieubłaganie gonił mnie strach, a łzy utrudniały widoczność.

- Harry, co się stało? - zmartwiony głos Nialla przywrócił mnie do rzeczywistości.
Potrząsnąłem głową, odganiając od siebie mroczne myśli. Momentalnie zrobiło mi się słabo, ledwo stałem na nogach. Odruchowo złapałem ramię Nialla.
- Przepraszam - powiedział. - Nie chciałem cię wystraszyć.
Fakt, trochę mnie przeraził. Wtedy złapał moją dłoń, przyciągając do siebie. Jego usta były na wysokości mojej szyi. Czułem bicie serca i ciepły oddech.
- Chodźmy stąd - rzucił. - Mam dość tego miejsca.
Zaczęliśmy schodzić po schodach, gdy nagle poczułem rażące ciepło. Spojrzałem na szybę na półpiętrze, w której zobaczyłem płomień. Zbiegłem tam czym prędzej, a moim oczom ukazało się jedynie morze ognia. Bez wahania pociągnąłem Nialla za rękę i zaprowadziłem na górę. Trzęsącymi rękami wyciągnąłem telefon z kieszeni, próbując zadzwonić po pomoc. Blondyn miał oczy przepełnione strachem równie bardzo jak ja. Nie wiedziałem, czy mam powiedzieć imprezowiczom o zagrożeniu, obawiałem się paniki. Gdy się zastanawiałem, usłyszałem nagle sygnał syreny strażackiej.
Jak szybko.
Lecz robiło się bardziej gorąco, na tyle, że ujrzałem na czole Nialla kropelki potu. Nie chciałem dłużej stać bezczynnie, więc pospiesznie zaprowadziłem go do mieszkania. Tam wciąż nie ustawała zabawa. Nagle usłyszałem krzyk, ktoś najwyraźniej się zorientował. Tak jak przewidywałem, wszyscy zaczęli panikować i biegać w koło po pokoju. Ktoś nawet postanowił wyjść na korytarz, ale szybko wrócił, gdy tylko zobaczył co stoi mu na drodze. Właśnie tego najbardziej się obawiałem, ale świadomość o przybyłej pomocy bardzo mnie uspokajała. Niespodziewanie przez okno wskoczył strażak, trzymający wąż. Przebiegł obok nas, żeby gasić pożar. Chwilę później do mieszkania wskoczyła para kolejnych ratowników. Zaczęli po kolei wyprowadzać ludzi tym samym wejściem, którym się dostali do środka.

*Niall*
Nagle jeden strażak chwycił Harry'ego za ramię i pociągnął za sobą. Chłopak nie protestował, ale posłał mi wystraszone spojrzenie. Zjawiły się posiłki, próbując powstrzymać szybko rozprzestrzeniający się ogień. Miałem wrażenie, że zostałem sam w mieszkaniu. Gdy rozejrzałem się w około, zrozumiałem, że na prawdę tak było.
- Nie! - usłyszałem pisk Harry'ego.
Znowu na niego popatrzyłem; zaczął machać rękami i wyrywać się z uścisku mężczyzny. Nie miałem pojęcia dlaczego tak zareagował. Odwróciłem się, ale zamiast zrozumieć, upadłem na rozgrzane kafle. Reakcją na spotkanie z podłogą był jedynie przeszywający ból w czaszce.
Cholera.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 7.

*Harry*
Gdy na korytarzu mijałem Lucasa, szturchnął mnie w bark. Nie mogłem uwierzyć w to, że taki ponury dryblas... nie. Coś tu jest nie tak, ale jeszcze nie wiedziałem co. Potrząsnąłem głową, chcąc odgonić od siebie te dziwne myśli; miałem kogoś innego na głowie.
Swoimi ostatnimi słowami niewątpliwie uraziłem Nialla, przez co teraz czułem się okropnie. Wcale nie chciałem, żeby mnie wtedy zostawiał, ale jak zwykle musiałem powiedzieć coś przeciw samemu sobie. Bez przerwy o nim myślałem, a chyba nawet... tęskniłem? Tak, brakowało mi go. Wybrałem jego numer w telefonie i wpatrywałem się w niego tępo. Zadzwonić? Pewnie nawet nie ma ochoty ze mną rozmawiać.
Podniosłem wzrok i wlepiłem go w ścianę, przed którą stałem.
Wyślę sms-a. Tak, zrobię to.
Napisałem wiadomość, a odpowiedź dostałem nadzwyczaj szybko. Może on właśnie czekał na to, aż się odezwę? Chociaż jego reakcja nie wyglądała zbyt entuzjastycznie.



*Niall*
- Harry? - westchnąłem, bawiąc się kosmykiem jego włosów.
- Tak?
- Zastanawiam się, dlaczego tak mnie do ciebie ciągnie? Nawet jak jesteś oschły i mnie odpychasz to i tak wracam.
- Wyglądałeś na rozsądnego chłopaka - zaśmiał się pod nosem, po czym natychmiast spoważniał. - Przepraszam.
- Za co? - wcale nie potrzebowałem od niego przeprosin.
- Za to jaki jestem.
Zachichotałem, ale gdy zobaczyłem jego minę zrozumiałem, że mówi absolutnie poważnie. Nawet zrobiło mi się go szkoda, że tak o sobie myśli. Nie rozumiałem, dlaczego miał taką niską samoocenę? Przecież to wyjątkowa osoba. W końcu się w nim zakochałem - tak, to się stało, kompletnie straciłem dla niego głowę. Tak na prawdę to nawet nigdy mu tego nie mówiłem, nawet jeśli to sprawa oczywista. Postanowiłem nie zwlekać dłużej.
- Kocham cię - szepnąłem, odgarniając mu niesforne kosmyki z czoła.
Wytrzeszczył na mnie oczy, najwyraźniej zaskoczony moim nagłym wyznaniem. Po chwili jednak ponownie spojrzał na mnie poważnie. Wyciągnął rękę w stronę mojego policzka, żeby musnąć go opuszkami swych palców. Dotyk jego dłoni był nadzwyczaj przyjemny, przez co odruchowo przymknąłem oczy.
- Jesteś kompletnym wariatem - powiedział, dusząc śmiech. - Ale o dziwo też cię kocham.
- O dziwo, tak? Co w tym takiego dziwnego?
W odpowiedzi uśmiechnął się i zmrużył oczy. Droczył się ze mną. Wyglądał tak niewinnie, że musiałem go pocałować. Nie było to zbyt wygodne, gdyż musiałem mocno zgiąć plecy, żeby dotrzeć do jego głowy, spoczywającej na moich kolanach.
Czasem zacinałem się na chwilę, nie mogąc oderwać wzroku od jego głębokich, zielonych oczu.
- Połóż się - polecił, siadając.
Posłusznie ułożyłem się na kanapie, a po tym on poszedł w moje ślady. Obrócił twarz tak, żeby móc ją wtulić w moją pierś. Zacząłem gładzić go po włosach, kiedy poczułem jego kolano w swoim kroczu. Przesunął palcem po mojej dolnej wardze, a wtedy ktoś otworzył frontowe drzwi. Usiadłem gwałtownie, kiedy Harry opadł ciężko na poduszkę.
- Zrobiłam zakupy na pocieszenie! - krzyknął znajomy mi głos. - Włącz jakiś film, będziemy jeść lody.
- Ee, Donna? - Harry posłał jej groźne spojrzenie.
- Ups, chyba przyszłam nie w porę...
Po tych słowach położyła torby z zakupami na stole i podeszła do kanapy. Stojąc za nią, zajrzała za oparcie w niewiadomym dla mnie celu.
- Dobrze, że macie na sobie spodnie - wybuchnęła śmiechem.
Zaczesałem grzywkę na czoło, oblewając się rumieńcem.
Czy ona zawsze była taka bezpośrednia? Jakby nigdy nic jej nie peszyło, ani nie krępowało.
Bez wahania usiadła obok nas na kanapie i położyła nogi na stoliku do kawy.
- Harry, proszę podaj mi lody - powiedziała.
- Sama sobie podaj, najlepiej w swoim domu - żachnął się Harry.
- U mnie nie ma wody, pękła rura.
- Nie obchodzi mnie to! Możesz się nie myć przed kilka dni, przeżyjesz.

*Harry*
Donna beztrosko rozwaliła się na kanapie, a mi automatycznie podskoczyło ciśnienie. Nieudane próby wyproszenia jej skończyły się jedynie wzmożeniem złości.
Ona zwariowała...
Jakby nigdy nic włączyła telewizor i podłożyła sobie poduszkę pod plecy. Nie zastanawiałem się długo; wziąłem Nialla za rękę i wyszliśmy z mieszkania.
Na dworze było już na prawdę zimno; zbliżała się zima. Włożyłem ręce do kieszeni kurtki, żeby je ogrzać, a złe emocje powoli zaczęły ze mnie wypływać.
- A tak właściwie to gdzie idziemy? - usłyszałem nagle. - Jak chcesz to możemy pójść do mnie.
Zatrzymałem się nagle, zaskoczony tą propozycją. Nawet nie wiedziałem gdzie mieszka.
- Tak - przytaknąłem.
Chwycił mnie pod łokieć i zawrócił.
Gdy doszliśmy na przystanek, wsiedliśmy do autobusu. Zająłem wolne miejsce przy oknie, a Niall usiadł obok i położył mi głowę na ramieniu. Od razu zrobiło mi się cieplej, a uśmiech nie chciał się ode mnie odczepić.
Po wyjściu z autobusu zaprowadził mnie w stronę jednego z wielu budynków. Weszliśmy na drugie piętro, a zza drzwi dobiegała głośna muzyka.
- Tylko nie to... - powiedział Niall, naciskając klamkę.
W środku było pełno ludzi, przez co panował tam okropny zaduch.
Poczułem jak mocno zaciska dłoń na moim nadgarstku. Zaczął przeciskać się przez tłum w kierunku kuchni, której było więcej luzu. Przy blacie obściskiwała się jakaś para. Niall ich rozdzielił i zwrócił się do chłopaka.
- Co tu się dzieje? - warknął.
- Imprezka - odparł tamtej spokojnie. - Nie widać?
- Nie mieszkasz tu sam.
- Zapomniałem, bo nie było cię tu przez cały dzień.
- Wygoń ich!
- Mam kończyć zabawę, dlatego że przyprowadziłeś swojego chłopaka? - złość narastała z obu stron.
Oboje zaczęli mierzyć się wrogimi spojrzeniami, co mnie krępowało. Nie chciałem tu przychodzić, żeby rozwalić czyjąś imprezę...
Pociągnąłem blondyna za rękaw bluzy, próbując oderwać go od kłótni.
- Niall, nie musimy tu siedzieć... Możemy wyjść.
On mnie jednak nie słuchał. Musiał na prawdę się zdenerwować, bo sprzedał koledze siarczystego plaskacza. Zaskoczony zakryłem usta dłonią. Tamten nie zastanawiał się długo nad rewanżem. Kiedy Niall chciał wyskoczyć na niego z pięściami, złapałem go w pasie i zaciągnąłem siłą na zewnątrz.

sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 6.

*Harry*
- Hej, pedale! - usłyszałem za sobą.
Nie odwróciłem głowy, chociaż dobrze wiedziałem, że te słowa były kierowane do mnie. Zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Nie mogłem pozwolić na to, żeby ktoś mną pomiatał; kiedyś wystarczająco się nade mną znęcali.
Kroczyłem przez dziedziniec, aż nagle ktoś mnie zatrzymał w samym jego centrum. Był to potężny koleś w kurtce futbolowej drużyny z uczelni. Przez chwilę poczułem się jakbym znów był w liceum, a to przywołało okropne wspomnienia.

- Zostawcie go! - krzyknął mój wybawca.
- Czemu bronisz takiego frajera? - oburzył się przedstawiciel atakującej mnie grupy. - A może ci się podoba?
Reszta wyciągnęła długie "Uuu", na co Sean zacisnął dłonie w pięści.
- Odbiło ci? - warknął. - Zmywajmy się stąd. Nie ma sensu tracić czasu na tego śmiecia.
To jedno zdanie mnie dobiło. Skuliłem się w kłębek i przywarłem mocniej do ściany. Sean pociągnął za sobą Tony'ego, po czym cała grupa odeszła, zostawiając mnie samego.
Odetchnąłem z ulgą i wyprostowałem nogi. Czemu oni się nade mną znęcali? Niczym im nie zawiniłem...

- Nie panosz się tak - głos dryblasa sprowadził mnie na ziemię.
Spojrzałem na jego rękę zaciśniętą na moim przedramieniu, po czym wyrwałem się z mocnego uścisku. Zignorowałem go i poszedłem dalej. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej reakcji, bo nie szedł za mną dalej.

*Niall*
Czekałem na Harry'ego w kawiarni, aż skończy pracę; planowaliśmy iść do kina. Przyglądałem się mu, gdy zaparzał kawę, co chwilę spoglądając na zegarek. Byle do szóstej... Kiedy wybiła ta godzina, gwałtownie wstałem ze swojego miejsca. Podbiegłem do bruneta, zdjąłem jego fartuch i czym prędzej odwiesiłem go na wieszak. Potem chwyciłem chłopaka za rękę i wybiegłem z lokalu, machając Donnie na pożegnanie.
Gdy wyszliśmy na ulicę, Harry zaczął się śmiać; wyglądał wtedy tak cudownie, że nie mogłem oderwać od niego wzroku.
Poszliśmy w stronę kina.
- Jaki film obejrzymy? - zapytał.
- Jakiś straszny - odparłem podekscytowany; uwielbiałem horrory.
Harry jedynie jęknął w odpowiedzi. Spojrzałem na niego pytająco.
- Nie możemy iść na coś romantycznego? - stękał.
- Nie. Będzie fajnie, obiecuję.
Kupiłem nam bilety na najbliższy seans i weszliśmy do środka. Zajęliśmy miejsca z tyłu sali, żeby później niecierpliwie czekać, aż zgasną światła. Ludzie siadali bliżej ekranu, ale tak na prawdę to nie oni mnie interesowali.
Przyglądałem się naszym splecionym dłoniom, aż nagle w sali zrobiło się zupełnie ciemno.
Film od razu rozpoczęły brutalne, krwawe sceny. Harry zasłonił oczy, co poskutkowało u mnie napadem śmiechu. W naszą stronę obróciło się kilka głów, bo raczej nikogo nie bawi plaga zombie.
- Nie chcę tego oglądać - bąknął Harry, przez co zrobiło mi się go szkoda. Nie wiedziałem, że jest aż tak wrażliwy.
Złapałem go za rękę, a ten popatrzył na mnie smutnym wzrokiem. Westchnąłem ciężko i zaraz po tym wyszliśmy z kina. Szedłem wpatrzony w czubki swoich butów, rozmyślając. Wcale go nie znam, a z czasem dowiaduję się jedynie jak wiele rzeczy nas różni. Wydawał się być kompletnym przeciwieństwem mnie.
Zerknąłem w jego stronę; miał spuszczoną głowę.
- Hej - szturchnąłem go w ramię.


Popatrzył mi prosto w oczy, a na jego ustach pojawił się jakby cień uśmiechu. Liczyłem na to, że przerwie ciszę, ale zamiast tego nagle gwałtownie się odwrócił.
- O co chodzi? - zapytałem zdezorientowany.
- Przechodził ktoś kogo zazwyczaj unikam.
- Kto taki?
- Nikt ważny - unikał odpowiedzi.
- Ale jednak nie chciałeś, żeby cię zauważył - naciskałem; nie odpuszczę.
- Jakiś koleś, który nie specjalnie za mną przepada.
Złapałem go za ramiona.
- Jeśli ci dokucza to powiedz. Mogę to jakoś załatwić.
- Nie trzeba - odparł, wyrywając się z mojego uścisku.
Poczułem jak narasta we mnie złość. Zacisnąłem zęby, a ręce włożyłem do kieszeni spodni i poszedłem dalej. Ugryzłem się w język, żeby tylko nie powiedzieć czegoś czego mogę później żałować. Nie podobało mi się to, że ukrywał coś przede mną. A może tym chciał dać mi znać, że nie jest mną zainteresowany? Powoli zaczynało mnie denerwować jego niezdecydowanie. W jednej chwili postanowiłem dowiedzieć się o co mu chodzi.
- Harry - przystanąłem. - Powiedz mi szczerze: czy mam sobie pójść?
- Tak - powiedział bez zastanowienia.
Zaskoczyła mnie ta odpowiedź. Najwyraźniej nie tego się spodziewałem, a pewna cząstka mnie wciąż liczyła na to, że powie "nie". Nie potrzebnie traciłem tyle czasu na rozmyślanie nad tym; mogłem od razu zadać to pytanie, nie byłoby żadnego problemu.
- W porządku - westchnąłem. - W takim razie do zobaczenia.

*Harry*
Patrzyłem na niego, gdy odchodził. Znowu go zdenerwowałem, przez co czułem się jak jeszcze większy idiota. Zacisnąłem dłonie w pięści, powstrzymując krzyk. Po chwili poszedłem w swoją stronę. Nagle ktoś chwycił moją kurtkę i przycisnął mnie do ściany. Zobaczyłem przed sobą surową twarz chłopaka, który zaczepił mnie rano. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Zmrużyłem oczy, przygotowując się na cios w szczękę. Zamiast knykci na policzku poczułem jego usta. Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia, po czym od razu go odepchnąłem.
- Cholera! - krzyknąłem, nie mogąc wydusić z siebie nic innego.
Tak bardzo mnie zamurowało, że miałem wrażenie jakby moje stopy stopiły się z betonowym chodnikiem. Chłopak mocno zacisnął usta, żeby po chwili odbiec bez słowa. Odetchnąłem, czując ulgę, ale nie trwało to długo. Nie byłem w stanie pozbyć się z głowy dziwnych myśli. Bez przerwy kląłem pod nosem, nie wiedząc jak inaczej wyrazić swoje uczucia. Jedyne określenie jakie przychodziło mi na myśl to zdezorientowanie.